Księża Krajny cz.1

  • 17.09.2017, 17:02 (aktualizacja 29.10.2017, 23:15)
  • Piotr Tomasz
Księża Krajny cz.1
Ks. Henryk Węgrzecki - Krajenka

Ks. Henryk Węgrzecki (Księża Krajny cz.1)

 

Biografie księży, którzy sprawowali posługę kapłańską na Krajnie, są niezwykle ciekawe, w wielu przypadkach także niezwykle skomplikowane. Jedno jest pewne – godne poznania. Śmiało można bowiem powiedzieć, że w XX wieku biskupi, proboszczowie, wikariusze mieli ogromny wpływ na życie publiczne. Byli liderami, którzy niemal kierowali większymi lub mniejszymi społecznościami.

 

Co ich cechowało? Odpowiedź jest dość prosta. Charyzma i estyma związana ze sprawowanym urzędem, z drugiej strony charakterystyczne dla człowieka ułomności, bo przecież duchowni to także ludzie Zadaniem historyka jest zatem odpowiednie wyważenie słów, by oddać prawdę o danej postaci. Ważne jest przy tym właściwe zaakcentowanie czasów, w jakim przyszło im żyć. Ocena przez pryzmat współczesności, z reguły prowadzi bowiem do błędnych wniosków

 

Niniejszym artykułem otwieram cykl „Księża Krajny”. Opowieść o ludziach z krwi i kości, którzy przez lata żyli wśród nas, kształtowali opinię publiczną, pozostawili ogromny dorobek. Na początek przedstawiam dzieje księdza, którego dane mi było znać bardzo dobrze. Towarzyszył mi bowiem od dzieciństwa po lata młodzieńczego życia. W pewnym stopniu także ukształtował moje poglądy. Mowa o wieloletnim proboszczu Krajenki – ks. Henryku Węgrzeckim.

 

 

Urodził się 11 III 1933 roku w Antonówce. Pierwsze lata życia spędził w miejscowości Sienno położonej 17 kilometrów od Ostrowca Świętokrzyskiego. Rodzice byli rolnikami. Matka Paulina, zmarła bardzo wcześnie, osierociła dwójkę dzieci: Henryka i Józefa. Ojciec Józef, ożenił się ponownie. Z nowego związku urodziło się jeszcze pięcioro rodzeństwa przyszłego duchownego.

 

Dzieciństwo Henryka Węgrzeckiego przypadło na lata okupacji hitlerowskiej. „Nasz dom pełnił wówczas funkcje pośrednika” – wspominał po latach podczas naszej rozmowy, „partyzanci przychodzili zapytać o Niemców, jedli, pili i szli dalej”. Kiedyś ta szczodrobliwość o mało nie zakończyłaby się tragicznie dla rodziny Węgrzeckich. „Mieliśmy wówczas dużo szczęścia” – opowiadał duchowny. „Gościliśmy w domu pięciu rosyjskich oficerów, byli to jedyni porządni Rosjanie, jakich spotkałem w życiu. Nieopodal zatrzymały się połączone oddziały wojsk niemieckich i ukraińskich. Część z nich udała się do naszej wioski po zaopatrzenie dla koni. Dzięki Bogu doszli tylko do sąsiada, po czym zawrócili. Gdyby przyszli do nas, Rosjanie na pewno by strzelali. Wiedzieli bowiem, że dla Józefa Stalina poddanie się jest równe zdradzie”.

 

Następni żołnierze radzieccy, mowa o tych frontowych, których niesłusznie nazywa się współcześnie „wyzwolicielami”, nie byli już tak kulturalni. Chcieli tylko "wodku, doczku i sało". Brudni, pijani, nierozróżniający granicy między Polską a Niemcami gwałcili i grabili. Nie ominęli także rodziny Węgrzeckich, zabierając cały dobytek. Armia Czerwona jednak nie tylko kradła i niszczyła, niosła ze sobą jeszcze coś znacznie gorszego – zarazę komunizmu., ideologię wywodzącą się od Marksa i równie ludobójczą jak narodowy-socjalizm.


W tym miejscu krótka dygresja. Trzeba bowiem przypomnieć, że lata 1944-56. ubiegłego stulecia to szczególny okres w dziejach Polski. Antykomunistyczni Powstańcy ginęli w walce bądź mordowani byli w ubeckich kazamatach. Terror, na wzór sowiecki, dotykał również ludzi niezaangażowanych w ruch oporu. Mnożyły się procesy związane ze sfingowanymi spiskami, sabotażami i szpiegostwem. Prześladowania uderzyły również w enklawę polskości – Kościół katolicki. W wyniku represji stosowanej wobec duchownych, w tym utrzymujących kontakt z niepodległościowym podziemiem, tylko w latach 1945-53 zamordowano 37 kapłanów (m.in. ks. Władysława Gurgacza). Około 300 zesłano, 700 uwięziono, a 900 wypędzono z macierzystych parafii. Trzeba podkreślić, że władza ludowa nie bała się wówczas podnieść ręki nawet na najwyższego dostojnika kościelnego w Polsce - księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego (został aresztowany we wrześniu 1953 roku).

 

Pomimo tak niekorzystnego czasu dla Kościoła, 10 września 1953 roku Henryk Węgrzecki wstąpił do seminarium duchownego w Gorzowie (10 IX 1953 roku). Wcześniej, zaraz po ukończeniu liceum, przez blisko rok pracował fizycznie w Powiatowym Ośrodku Maszynowym w Lipsku. Święcenia kapłańskie otrzymał 20 XII 1958 roku, a już 8 I 1959 udał się na swoją pierwszą parafię do Kalisza Pomorskiego. Później pełnił posługę wikariusza w Człuchowie, Siedlisku (powiat Trzcianka), Łobzie, Miastku, Lęborku. Pierwsze probostwo objął w Choczewie, potem było Ubowo (objęte na skutek reformy diecezji), skąd 16 VII 1974 roku trafił do Krajenki.


Ksiądz miał to szczęście w życiu, że obejmował parafie po silnych osobowościach. Tak było w Choczewie, w którym miejscowego proboszcza lokalne władze ludowe uznały za "persona non grata", jak też w Krajence, gdzie objął probostwo po księdzu generale Bernardzie Wituckim - bohaterze francuskiego ruchu oporu, polskim patriocie, którego głos płynący z Radia Wolna Europa krzepił serca Polaków w latach komunistycznego terroru.

 

Niewątpliwie postawa poprzedników musiała zobowiązywać do określonego zachowania. Trzeba jednak podkreślić, że w biografii księdza Henryka pojawiają się znaki zapytania, które nie pozwalają na jednoznaczne stwierdzenie, że przez całe życie był wrogo nastawiony wobec władzy nadanej przez Moskwę. Dotyczy to głównie pierwszych lat sprawowania posługi kapłańskiej.

 

Na ewolucje jego poglądów, bo niewątpliwie od połowy lat 70. był zdeklarowanym antykomunistą, wpływ miały zapewne osobiste przeżycia. Nie było bowiem wydarzenia w najnowszej historii, którego nie byłby naocznym świadkiem. Powstania w Poznaniu 1956 roku mało nie przypłacił życiem, kiedy to na dworcu kolejowym strzelał na oślep sowiecki żołnierz. Był w Warszawie w 1968 roku podczas demonstracji studenckich, a także na Wybrzeżu, gdzie w grudniu 1970 roku rękami polskich „quislingów” zdławiono krwawo bunt robotniczy. Miał wreszcie, jako młody wikariusz, bezpośrednie kontakty z oficerami SB. Charakter tych spotkań wymaga szerszego omówienia.

 

Ożywione zainteresowanie „bezpieki” ks. Węgrzeckim rozpoczęło się pod koniec 1960 roku. Powód możemy odnaleźć w jednym z raportów. Czytamy w nim „odnotowano (ze strony ks. Węgrzeckiego) liczne fakty szkalowania osób pełniących funkcje publiczne i nieprzychylny, wrogi stosunek do obecnej rzeczywistości (tj. komunizmu)”. Ponadto mowa o „samowolnych zbiórkach” na rzecz Kościoła oraz „organizowanych pielgrzymkach do Cudownego Obrazu”. Należy nadmienić, że za tego rodzaju „wykroczenia” ks. Węgrzecki był wielokrotnie karany grzywną.

 

Postawa duchownego spowodowała, że bezpieka (obok obserwacji) rozpoczęła poszukiwania haka”. Fakt, że w zbiorach IPN znajduje się sygnatura Sz 00123/2705, opisana jako „Teczka Personalna Tajnego Współpracownika ps. „Clara” dotycząca Henryka Węgrzeckiego”, może sugerować, że go znalazła. Według dokumentów wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa ks. Węgrzecki został informatorem SB 24 maja 1961 roku. Oczywiście do zakresu jego ewentualnej współpracy należy podchodzić z dużym dystansem. Pozostawione dokumenty wymagają bowiem wnikliwych badań. Dlatego na tym etapie nie mogę stwierdzić jednoznacznie, że poprzez swoje kontakty z funkcjonariuszami bezpieczeństwa ks. Węgrzecki skrzywdził kogokolwiek. Dodam tylko, że podczas naszej ostatniej rozmowy (w 2004 roku) duchowny zapewniał mnie, że niczego nie podpisywał, a informacje których udzielał w trakcie rozmów z funkcjonariuszami były zawsze ogólnikowe. Warto także zauważyć, że w okresie „kontaktów” z bezpieką ks. Węgrzecki dalej występował przeciw władzy ludowej. Tak było chociażby w Łobzie w sierpniu 1964 roku, kiedy to za „rozpowszechnianie wiadomości mogących wyrządzić szkodę interesom PRL” prokurator Jarosiński wszczął przeciwko niemu dochodzenie. Na koniec tego wątku należy dodać, że w dokumentach wytworzonych przez SB zawarta jest informacja, że ks. Węgrzecki sam zerwał „współpracę” z funkcjonariuszami SB. Miało to miejsce 17 listopada 1967 roku (pełnił wówczas posługę w Miastku).

 

16 VII 1974 roku Henryk Węgrzecki objął funkcję proboszcza w Krajence. W tej miejscowości przebywał najdłużej w okresie swojej duchownej kariery. W pamięci wielu parafian zapisał się przede wszystkim jako mówca, który z ogromną determinacją piętnował rządy komunistów w Polsce. „Mówiłem prawdę, nigdy się nie bałem” - tak wspominał swoje kazania o szczególnie mocnym brzmieniu w latach 80. Zaznaczał jednocześnie, że nie uprawiał polityki z ambony. „To były sprawy czysto moralne, gdy ktoś grzeszył, to ja po prostu o tym mówiłem. Na przykład, gdy powiedziałem, że Urban kłamie, to wskazywałem, że popełnia grzech, jakim jest kłamstwo, a nie zajmowałem się polityką. Do prawdy jest każdy zobowiązany – podkreślał ksiądz Węgrzecki.

 

Mocne słowa w kościołach św. Anny i św. Józefa w Krajence padały m.in. w 1981 roku (kiedy komuniści wprowadzili stan wojenny), brzmiały też w 1984 roku, kiedy to w bestialski sposób zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę. Było je słychać również później. Księży katolickich za głoszone poglądy komuniści mordowali bowiem jeszcze w 1989 roku (ks. Zych, ks. Suchowolec, ks. Niedzielak).
Na szczęście tak radykalnych kroków nie podejmowano wobec księdza Węgrzeckiego. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa ograniczyli swoją aktywność wobec niego do różnego rodzaju działań operacyjnych. Szczególnie aktywni w tym zakresie byli dwaj funkcjonariusze SB z Piły: Dąbrowski i Karygowski. Pierwszy z nich próbował zwerbować księdza wikariusza Błachuckiego na współpracownika SB, by w ten sposób zapewnić sobie źródło informacji na plebanii. Dzięki stanowczości proboszcza Węgrzeckiego oraz postawie samego wikariusza działania te nie powiodły się. Drugi z wymienionych funkcjonariuszy zajmował się nagrywaniem księdza. Nie był jednak najlepszy w tej dziedzinie i szybko został zdemaskowany. Wiąże się z tym pewna anegdota. Funkcjonariusz SB przystępując do nagrywania w kościele stanął bowiem za blisko głośników, powodując tak mocne sprzężenie, że ksiądz Węgrzecki musiał przerwać kazanie. Z ambony spokojnie nakazał funkcjonariuszowi SB wyłączyć mikrofon, bo to mu przeszkadza w odprawianiu mszy. Po tej wpadce Karygowski przestał pojawiać się w Krajence. Poza wymienionymi czynnościami funkcjonariusze podejmowali typowe esbeckie metody "umilające życie”: wzywanie na rozmowy, odmawianie wydania paszportu, itp.

 

Trzeba również wspomnieć, że nie najlepiej układały się stosunki proboszcza Węgrzeckiego z miejscowymi prominentami. Polem starcia była m.in. sprawa budowy domu pogrzebowego w Krajence. Lokalni komuniści upierali się przy lokalizacji na cmentarzu (ich postawa przyczyniła się do opóźnienia budowy o kilka lat!). Ksiądz Węgrzecki zamierzał zrealizować inwestycję przy kościele św. Anny. Miał przy tym ukryty cel, chciał bowiem przy okazji wybudować salkę katechetyczną. W tym miejscu kolejna dygresja. Trzeba bowiem przypomnieć młodszym czytelnikom, że w PRL-u lekcje religii nie odbywały się w szkołach. Co więcej, wielu pedagogów zwalczało katolicyzm! Na egzekutywach Komitetu Miejsko-Gminnego PZPR w Krajence padały słowa ubolewania, z powodu faktu ”uczestnictwa młodzieży szkolnej” (podczas wycieczek) w nabożeństwach religijnych! Te słowa wypowiadali nauczyciele! (Dodam, że autor niniejszego tekstu został pobity przez jednego z krajeńskim „wykładowców” na początku tzw. transformacji ustrojowej, powodem agresji był zamiar opuszczenia zajęć i chęć uczestnictwa w nabożeństwie w Górce Klasztornej).

 

Ostatecznie, po wielu latach batalii i doświadczeniu licznych szykan, ks. Węgrzecki dopiął celu. Salka katechetyczna i dom pogrzebowy powstały przy kościele św. Anny Podczas naszej rozmowy, która odbyła się w 2004 roku w Rzeczenicy, z dumą wspominał o kulisach budowy. Mówił, że świetnie sobie radził z władzami lokalnymi i bezsensownością obowiązujących wówczas przepisów prawnych (między innymi, by wyjednać zgodę na rozpoczęcie budowy salki katechetycznej, działo się to w czasach obowiązywania stanu wojennego w PRL, posłużył się fortelem, wskazując, że celem inwestycji jest jedynie dom pogrzebowy). Realizując inwestycję ksiądz Węgrzecki zmagał się ponadto z powszechnie występującą reglamentacją towarów. „Grożono mi wówczas więzieniem za to, że zamiast 6 ton cementu, na które miałem przydział kupiłem 16. Ostatecznie jednak, po około dwóch godzinach przesłuchania, wypuszczono mnie” – wspominał.

 

Salka katechetyczna i dom pogrzebowy powstały w ciągu zaledwie jednego roku. Gotowych do pracy nigdy nie brakowało. Zawsze było od 20 do 30 osób do pomocy. Poza tym inwestycję chętnie wspomagały władze miejscowego tartaku (rodzina Kokowskich), zaopatrując w potrzebne materiały. Należy nadmienić, że bilans pobytu księdza w Krajence to ponadto: remont plebanii, kościoła św. Józefa, zabytkowej dzwonnicy (zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach kilka lat później) oraz gruntowne odrestaurowanie kościoła św. Anny (w czasach szalejącej inflacji).

 

Podczas mojej ostatniej rozmowy z ks. Węgrzeckim dowiedziałem się także o donosach, które składano na niego do instytucji państwowych/partyjnych w okresie PRL-u. Duchowny przedłożył mi teczkę dokumentów oraz wymienił nazwiska osób, które denuncjowały na niego w czasach komuny. Chichotem historii jest to, że już w III Rzeczpospolitej, byli prominentni działacze partii komunistycznej w Krajence, którzy stali się gorliwymi katolikami (są nimi do dzisiaj), przyczynili się do opuszczenia parafii przez Henryka Węgrzeckiego. Był to ich specyficzny prezent z okazji 25 lecia pobytu duchownego w Krajence. „Rokosz” części parafian miał wielopłaszczyznowe podłoże. Powoływali się na obronę kościelnego (który został przez proboszcza zwolniony), stawali murem za przeniesionym wikarym (którego postawa wzbudzała wątpliwości proboszcza), zgłaszali całe litanie zarzutów etycznych pod adresem ks. Węgrzeckiego. Tego rodzaju postawa niektórych parafian stała się oczywiście „pożywką” dla mediów. Między innymi gazeta, której właścicielem jest „syn ormowca”, poświęciła konfliktowi wiele miejsca. Warto nadmienić, że „syn ormowca” był wówczas przyjacielem jednego z byłych sekretarzy POP PZPR w Krajence, który należał do ścisłego grona inicjatorów „buntu”.

 

Ksiądz Henryk Węgrzecki został zmuszony do opuszczenia Krajenki w 1999 roku. Tuż przed odejściem, w pełnym emocji kazaniu (wygłoszonym w kościele św. Józefa), „podziękował” z nazwiska ”parafianom”, którzy najaktywniej o to zabiegali. Już po latach, gdy miałem okazję z nim rozmawiać, spokojnie stwierdził, że wybacza tym i innym osobom . Zwierzył mi się przy okazji, że tak naprawdę był zmęczony trwającą nagonką i chciał odejść z Krajenki. Powiedział mi również, że zna prawdziwe kulisy swojego przeniesienia, związany jest jednak tajemnicą spowiedzi. Warto nadmienić, że wyjazd ks Węgrzeckiego do Rzeczenicy (1999 rok) nie ostudził emocji wśród parafian. Przykładem mój artykuł na jego temat, który pojawił się w Tygodniku Okolice (2004 r.). Niektórzy mieszkańcy Krajenki podejmowali różne działania, których celem było zablokowanie jego ukazania się! Czynili tak mimo faktu, że skupiłem się na przedstawieniu całokształtu posługi kapłańskiej ks. Węgrzeckiego i całkowicie pominąłem wątek konfliktu z częścią parafian. Krytyczne słowa pod moim adresem padły także ze strony „ludzi Kościoła”. Przykładem ks. proboszcz Józef Pietras (następca ks. Węgrzeckiego), który nie szczędził mi cierpkich słów. Dlaczego? Tłumaczę sobie to tym, że „część parafian”, ta która z dumą dzierżyła kiedyś legitymacje PZPR, musiała mieć na to wpływ.

 

Na koniec artykułu chciałbym wspomnieć o pewnej pasji ks. Henryka Wegrzeckiego. Mowa o podróżach. Upadek komunizmu sprawił, że zwiedził praktycznie całą Europę, północną Afrykę oraz zachodnie rubieże Azji. Należy podkreślić, że podróżowanie po świecie zawsze łączył z posługą kapłańską. Między innymi w miejscowości Coimbra (Portugalia) odprawiał mszę świętą, na której obecna była siostra Łucja, jedna z trojga rodzeństwa - świadków objawienia w Fatimie. Miał także Mszę świętą i kazanie na górze Tabor (tradycja sięgająca IV w. wiąże z nią opisywaną w Ewangelii scenę Przemienienia Pańskiego). Modlił się nawet w muzułmańskim meczecie. Marzeniem księdza , którego nie udało mu się zrealizować, była podróż na wschód, na dalekie rubieże Rosji.
 

26 listopada 2005 r. ks. Henryk Węgrzecki przeszedł na emeryturę. Zamieszkał w Słupsku. Zmarł w tej miejscowości 15 listopada 2009 r. w wyniku powikłań po grypie. Ciało spoczęło 21 listopada 2009 roku w Siennie (koło Ostrowca Świętokrzyskiego) – jego rodzinnej miejscowości.

 

Ksiądz Henryk Węgrzecki był znakomitym administratorem, szczególnie w Krajence. Ocena musi być tak jednoznaczna w oparciu o czasy (komunizm wrogi Kościołowi) i dokonania w parafii (wspomniane wyżej remonty). Był również dobrym księdzem, bo przecież wywiązywał się ze swoich obowiązków. Msze św., chrzty, pogrzeby, śluby, posługi chorym można liczyć w tysiące. Posiadał także umiejętność mobilizowania parafian. Na przykład kościoły w Krajence były wypełnione podczas nabożeństw, a ostatnie miejsca siedzące trzeba było zajmować najdalej 20 minut przed ich rozpoczęciem. W pracach fizycznych na rzecz parafii (np. budowa salki) uczestniczyło dziesiątki osób. To także jego zasługa! Potrafił również, grając często na niskich pobudkach niektórych parafian, zmobilizować ich do datków na rzecz Kościoła. Nawet najbardziej skąpi mieszkańcy Krajenki zanosili bowiem koperty na plebanię, by móc z dumą usłyszeć swoje nazwiska (i podziękowanie za hojny datek) podczas niedzielnej Mszy. Trzeba też nadmienić, że znakomicie przygotowywał dzieci i młodzież do przyjęcia Sakramentów Świętych (np. Bierzmowania). W życiu publicznym, jako obywatel Krajenki, był aktywny. W tym przypadku ocena jego postawy nie jest już jednak tak jednoznaczna. Przykładem antykomunistyczne deklaracje ks. Węgrzeckiego i... jednoczesne utrzymywanie bliskich kontaktów osobistych z niektórymi działaczami partii komunistycznej (np. Feliks M., Julian B.). Na koniec pozostaje ocena całokształtu życia Henryka Węgrzeckiego. Tej powinien dokonać Czytelnik obiektywny, bo tylko taki pamięta o zasadzie, że kto jest bez winy...

 

 

Piotr Tomasz

 

dziennikarz, prawnik, historyk,

osoba represjonowana ze względów politycznych w okresie rządów Platformy Obywatelskiej i PSL,

autor licznych artykułów o historii PRL

Piotr Tomasz

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (8)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu 77400.tv z siedzibą w Złotowie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Buch
Buch 14.03.2020, 18:21
Widzę że klakierzy turboopozycji, kodziarze, POKisci nie są mądrzejsi w czasie epidemii.
WB
WB 28.02.2020, 23:29
Aż się wierzyć nie chce, że można w tak stronniczy sposób ocenić tą osobę. Nie zebrać materiałów, nie sprawdzić faktów. Jako mieszkaniec od x lat tej miejscowości, nie zajmujący się lokalną polityką, ale uczestniczący w życiu "kulturalnym" miasta z niesmakiem przeczytałem ten artykuł. Wyczytywanie nazwisk "darczyńców" na mszy, sprawdzanie obecności dzieci według listy z dziennika również podczas mszy nie służy umacnianiu duchowości członków kościoła. A co się stało z Panią Łucją, którą śmiało chyba można nazwać przyjaciółką proboszcza? Czy to było moralnie właściwe? Taki autorytet? Nie można określić ks. Henryka jako całkowicie negatywnej osoby, ale na pewno nie można go tak gloryfikować. Był pewnie jednym z wielu, który ze swoją kobietą żył na koszt parafian, wymuszając niejako konieczność płacenia na ich fanaberie. Autor nie widział podziwiając "pięknie wyremontowany kościół" wypaczonej przez wilgoć boazerii, nie słyszał też o coraz to piękniejszych autach itp... Jeśli wszystkie artykuły są napisane w oparciu o taką analizę informacji, to ja dziękuję za takie dziennikarstwo. I oczywiście nie podpiszę swojego komentarza, nie z obawy, że to co piszę jest nieprawdą, ale nie chcę słyszeć pod swoim adresem komentarzy w tonie podobnym do artykułu.
zaskoczona
zaskoczona 17.09.2017, 21:10
Ciekawie się czyta te małe nadciągnięte bzdury...co do życiorysu to nie powiem, ale należy tu sprostować pewne informacje dotyczące w/w osoby, która "długo kopciła" w tejże parafii bo aż 25 lat. Kościół św. Anny był owszem odrestaurowany, ale pomalowano go najtańszymi ciemnymi farbami, zabytkowe świeczniki pomalowano srebrną farba zamiast wyczyścić w należyty sposób. Salka katechetyczna no powiedzmy, ale kostnica pożal się Boże to przechowalnia a nie dom przedpogrzebowy jak przystało na Krajeńską parafię. Drogi do niej nie ma z prawdziwego zdarzenia - wygląd mówi za siebie. Co do remontu plebanii to chwilę trzeba się zastanowić...księża wikariusze mieszkali w ciasnym pokoju ( obecna kancelaria parafialna) toaleta i łazienka była wspólna większe i to dwa pokoje zajmowała gospodyni ( Ł.P), która opuszczała plebanię tylko na czas wizytacji. To właśnie X.Pietras wyremontował plebanie w latach 1999 - 2010 a zastał ją zdemolowaną totalnie, zerwane były karnisze, krany stan był opłakany. Plebania została okradziona a do wywózki - przeprowadzki potrzebne były tiry, które wieczorami/nocą wywoziły wszystko co się dało zabrać z parafii ( o tym się nie mówi). Podziwiać należy ks. Pietrasa bo "zastał plebanie drewnianą a zostawił murowaną". Co do prac szlachetnych x. Węgrzeckiego no cóż na wszystkim oszczędzał by mieć na wakacyjne wyjazdy. Tak to była ta jego pasja, kosztem potrzeb naszej parafii - proboszcz z gospodynią - fakt zwiedził prawie całą Europę. Kolejną pasją proboszcza były nowe autka, które zmieniał dokładnie co 3 latka (w ukryciu jakby ludzi miał za idi...). Działaczy partyjnych w Krajence było wielu, ale proboszcz Węgrzecki raczej z nimi trzymał ze względu na korzyści, które potrafił czerpać dla siebie. Miał też swoich ludzi, którzy donosili mu dodatkowe tematy na kazania niedzielne.
A jeszcze to, mieszkańcy Bartoszkowa i Śmiardowa Krajeńskiego doskonale pamiętają, jak musieli dowozić księdza na niedzielną Mszę św. co było w ogóle niezgodne i nie moralne...Przykre też było i to że niektórych ludzi to miał za nic ( zwłaszcza tych, którzy potrafili mieć swoje zdanie) - potrafił ludzi zastraszać anonimami pisanymi w sposób haniebny ( wiem co piszę....).Jeśli chodzi o Pana Kościelnego to należała się obrona dla Niego zwłaszcza w ostatnich latach posługi tego kapłana. To było nieludzkie traktowanie tego człowieka jako pracownika. Owszem był zwolniony, ale po kilku latach powrócił do swojej długoletniej pracy i nadal cieszy się tym co robi. To jest CZŁOWIEK HISTORIA naszej parafii. Warto od Pana kościelnego zaczerpnąć najwiarygodniejsze informacje
M.K
M.K 19.09.2017, 18:30
Większość tego co piszesz to kompletne bzdury. Widzisz same negatywy ks. H. Węgrzeckiego. Za jego bycia w kościele było mnóstwo ludzi a za ks. Pietrasa?? Pustki w ławkach... Ks. Henryk pomagał ludziom( o czym nie wspomnialaś) . A pan kościelny- bardzo miły i pracowity człowiek ale też miał kilka wpadek... A co do plebani to na pewno nie było zerwanych karniszy ani wyrwanych kranów... a ks. Piertas moze i wyremontował plebanie, bo sprzedał bóg wie komu komiennice w Krajence która należała do plebani a Ci ludzie którzy tam mieszkają omal nie zostali bez dachu nad głową. Sobie wyremontował plebanie a ludźmi sie nie przejął.
WB
WB 28.02.2020, 23:35
W artykule sam miód na temat księdza, więć ktoś odważnie napisał drugą część prawdy, o której w ogóle nie wspomniano. Jeśli ktoś chce się bawić w dziennikarstwo, to powinien zachować minimum bezstronności. Ja do kościołą jestem zrażona postawą ks.Henryka i po części z jego powodu zaczęłam uczęszczać do innych okolicznych kościołów na msze.
Piotr Tomasz
Piotr Tomasz 18.09.2017, 23:34
Każdy ma prawo do indywidualnej oceny ks. Węgrzeckiego. Pan/Pani również. Zaskakuje mnie jednak, że tego rodzaju "rewelacje" przytacza Pan/Pani anonimowo. W ten sposób niewątpliwie podważa Pan/Pani ich wiarygodność. Więcej odwagi. Dodam jeszcze, że proboszczowie nie zajmują się remontami chodników,dróg itd. Od tego jest samorząd lokalny. Pozdrawiam
poinformowana
poinformowana 03.12.2017, 21:33
Znałam bardzo dobrze Henia Węgrzeckiego i powiem tyle że to co pisze (zaskoczona)to wszystko prawda a Pan to bzdury pisze nie sprawdzone już sama nazwa miejsca urodzenia ,rodzeństwo z pierwszego małżeństwa itd..Człowiek historyk tego nie sprawdził.A pani gospodyni to długo ciągała sie po sądach z rodziną o majątek .
Piotr Tomasz
Piotr Tomasz 04.12.2017, 23:16
Proszę podpisywać się z imienia i nazwiska pod tego typu komentarzami. Więcej odwagi! Miejsce urodzenia ks. Węgrzeckiego podałem na podstawie jego relacji. Artykuł opierałem na dokumentach oraz wspomnieniach duchownego. Jeżeli jest gdzieś błąd to proszę o sprostowanie go i podanie źródła.

Pozostałe